Przeszło dwadzieścia lat temu pojechałam z synem na kilka dni do małej wioski położonej w lesie przy jeziorze, w okolicach Wolsztyna. Jest tam czyste jezioro otoczone górami, na których rosną dwudziestometrowe, dorodne sosny, dające aromatyczny zapach. Od lat jestem zauroczona tym miejscem, którego człowiek nie zdołał jeszcze zniszczyć. W tej miejscowości, w lesie znajduje się pole namiotowe, gdzie zatrzymałam się z synem. Tam spędziliśmy noc, a rano obudził nas śpiew ptaków, szum sosen i przepiękne słońce, zapowiadające miły dzień pierwszego dnia wakacji. Syn zaproponował abyśmy udali się na plażę. Miał wówczas osiem lat i zdążył już zaprzyjaźnić się z rówieśniczką Sylwią, która mieszkała z rodzicami w namiocie obok. Jej rodzice musieli tego dnia wyjechać na kilka godzin i Sylwia poprosiła mnie, abym zabrała ją ze sobą na plażę. Nie widziałam żadnych przeszkód i niebawem w trójkę znaleźliśmy się na plaży. Dzieci kąpały się w specjalnie wydzielonym brodziku. Ja natomiast leżałam na piasku cały czas mając je na oku. Postanowiłam, że za wszelką cenę muszę zawieźć dziecko do szpitala w Wolsztynie. Wzięłam ją więc na ręce i wyszłam na drogę. Musiałam złapać jakiś samochód. Zatrzymałam Nyskę. Zdenerwowany kierowca nie chciał nas wziąć do środka, gdyż Sylwia była cała we krwi, ale zgodził się zabrać nas na pakę. Wreszcie dojechałyśmy do szpitala. Natychmiast pobiegłam z dzieckiem do sali operacyjnej, położyłam małą na stole i nawet na chwilę nie wypuszczałam jej z objęć gdyż bałam się negatywnęj reakcji z jej organizmu. Przyszedł lekarz z pielęgniarką. Od razu zaczął przygotowywać się do operacji, a pielęgniarka kategorycznie chciała mnie wyprosić z sali. Gdy wychodziłam, Sylwia zaczęła strasznie płakać, wszystkie nerwy na twarzy jej drgały, pojawiły się kłopoty z oddychaniem, wymioty, z nosa wydobywała się wydzielina. Lekarz poprosił mnie, abym zajęła się dzieckiem tak, jak dotychczas. I znów wszystko wróciło do normy. Byłam tym zaskoczona. Rozpoczęła się operacja. Nie mogli uśpić dziewczynki, gdyż chirurg zszywał jej nerwy i musiał wiedzieć, co czuje w poszczególnych miejscach stopy. Ku mojemu zdumieniu, ja również odczuwałam, kiedy boli ją mniej, a kiedy bardziej. Zabieg trwał kilka godzin, a po jego zakończeniu lekarz chirurg podszedł do mnie i powiedział, że mam w sobie szczególny dar i powinnam uzdrawiać ludzi przez dotyk. Początkowo myślałam, że doktor żartuje, ale on poważnie zaproponował mi, abym raz w miesiącu przyjeżdżała do Wolsztyna i uzdrawiała ciężko chorych w szpitalu. Zalecił również, abym możliwie jak najdłużej trzymała nóżkę Sylwii w dłoniach, żeby rana szybciej się zagoiła i aby nie wdała się gangrena. Gdy wróciłyśmy na miejsce, oddałam dziecko zaniepokojonym rodzicom. Matka jej była zdziwiona, dlaczego przez cały czas trzymam dziewczynkę za chorą nogę, ale lekarz który operował wytłumaczył zdumionej kobiecie całą sytuację i jeszcze raz powiedział mi, żebym nie zmarnowała tego wielkiego daru. Przez cały tydzień trzymałam w dłoniach stopę Sylwii i dosłownie po siedmiu dniach rana była całkowicie zagojona. Jest 1997 rok, maj, piątek, godz. 6.30. Przy łóżku na nocnym stoliku przeraźliwie dzwoni telefon. Podnoszę słuchawkę. Słyszę męski głos: Czy przy telefonie pani Zdzisława? Odpowiadam twierdząco. Męski głos mówił dalej: Proszę pani, moja teściowa w zeszłym miesiącu została odwieziona do szpitala, bo została sparaliżowana. Przebywała w tym szpitalu cztery tygodnie i dzisiaj właśnie mam ją odebrać. Moja teściowa w dalszym ciągu jest sparaliżowana, nie mówi, nie chodzi, tylko leży. Czy może pani przyjąć ją na seans? Na to odpowiedziałam telefonującemu, że jeśli kobieta jest w tak ciężkim stanie, to ja pojadę do niej. Umówiliśmy się na godz. 19.00. Zięć chorej przyjechał po mnie i wspólnie udaliśmy się do cierpiącej. Gdy weszłam do pokoju tej pani, spytałam ją, czy chce abym jej pomogła. Ta kiwnęła twierdząco głową. Zaczęłam więc terapię. Gdy po godzinie skończyłam, chora wyglądała na szczęśliwą. Obiecałam jej, że znów do niej przyjadę na drugi dzień. I tak się też stało. Nazajutrz wczesnym popołudniem ponowiłam przekaz energii. Tego samego dnia, około 21.00 zadzwonił zięć sparaliżowanej kobiety. Zaczął mi opowiadać, że stan zdrowia jego teściowej nagle się pogorszył. Kobiecie ciekły łzy z oczu, odczuwa potworne bóle w piersiach, boli ją również głowa. Nakazałam mu natychmiast wezwać pogotowie i poprosiłam, aby później dał mi znać, jak rozwinęła się sytuacja. Zadzwonił po dwóch godzinach i z radością obwieścił, iż lekarz stwierdził, że w ciele kobiety wróciła cyrkulacja krwi, a że narządy były bardzo ścierpnięte, więc stąd pojawił się ból. W tym dniu rozmowa się skończyła. Na drugi dzień rano mężczyzna znów zadzwonił. Tym razem był przestraszony. Powiedział, że gdy się obudził, zobaczył, że jego teściowa stoi w kuchni, ubrana jest w fartuch i przygotowuje śniadanie! Nie wiem co mam robić! - usłyszałam w słuchawce. Powiedziałam mu więc, że ma się uspokoić, wejść do kuchni i ucałować teściową. Została bowiem uzdrowiona z paraliżu. Byłam u mojej mamy na niedzielnej herbatce w grudniu 1998 roku. około godz. 16.00 rozległo się nagle ostre pukanie do drzwi. W drzwiach stał mężczyzna a za nim kobieta. W paru słowach powiedzieli mi, że w piątek ich syn przyszedł z pracy, usiadł w fotelu i nagle zaczął się cały trząść i rzucać na podłodze. Jego żona natychmiast wezwała pogotowie zabrano go do szpitala i poddano badaniom. Okazało się, że przyczyną choroby jest guz mózgu. Lekarze powiedzieli, że konieczna jest trepanacja czaszki. Rodzice chorego nie mogli znieść tego straszliwego bólu i cierpienia psychicznego, przyszli do mnie po pomoc dla ich syna. Zawieźli mnie zaraz do szpitala, gdzie przez dwie godziny przekazywałam choremu energię uzdrawiającą. Potem codziennie powtarzałam zabiegi, aż wreszcie trzeciego dnia matka powiedziała mi. że gdy jej syn miał robione pierwsze zdjęcie tydzień wcześniej, to na lewej półkuli jego mózgu widać było dużo małych guzków rakowych, natomiast na prawej był guz wielkości palca męskiej ręki. Tymczasem zdjęcie wykonane teraz wykazało, że małe guzki z lewej półkuli zniknęły całkowicie, natomiast guz z prawej zmniejszył się na tyle, że odsłonił nerw, który był powodem paraliżu nogi. Paraliż cofnął się całkowicie. Przez następne kilka tygodni dawałam mu na odległość energię, aż wreszcie na Święta Bożego Narodzenia przyszedł do mnie do gabinetu na seans na własnych, nie sparaliżowanych nogach. We wrześniu 1997 roku przyszła do mnie dwudziestoletnia dziewczyna. Opowiedziała mi, że od dwóch lat nie ma menstruacji, leczy się u różnych lekarzy, ale miesiączka się nie pojawiła. Dziewczyna miała swojego chłopaka, chciała założyć rodzinę, ale bała się, czy nie spowoduje to jakichś powikłań. Po wysłuchaniu młodej pacjentki przepro-wadziłam godzinny seans bioterapeutyczny. Po jego zakończeniu dziewczyna dostała dreszczy, mówiła , że podczas terapii było jej bardzo zimno. Na drugi dzień przyszła do mnie jeszcze raz i znów powtórzyło się to samo. Potem pożegnałyśmy się i pacjentka wyszła. Ponownie zobaczyłam ją rok później, we wrześniu 1998 roku. Przyszła do mojego gabinetu i opowiedziała, że w dniu naszego ostatniego spotkania, wczesnym wieczorem dostała miesiączkę. Dziewczyna mówiła, że była wtedy tak szczęśliwa, jak nigdy przedtem. W tym samym roku wyszła za mąż i urodziła dziecko. Moja klientka w 1998 roku miała amputowaną jedną pierś z powodu nowotworu. Po jakimś czasie okazało się, że również z drugą piersią zaczyna dziać się coś niedobrego. Lekarze ponownie orzekli, że przyczyną jest rak piersi. Klientka przeszła chemioterapię, po której była bardzo wyniszczona a rezultaty były mizerne. Gdy przyszła do mnie po raz pierwszy, wyglądała jak cień człowieka. Przeprowadziłam wiele seansów bioterapeutycznych, przekazywałam chorej energię na odległość. Gdy kobieta przyszła do mnie po jakimś czasie była wyraźnie uszczęśliwiona. Badania wykazały bowiem, że pierś jest uzdrowiona, nie było na niej żadnych guzków. |
Zdzisławę Wawrzyniak poznałem osobiście podczas VII Krakowskiego Festiwalu Ezotermicznego. Przyjmowała na dużej sali obok wielu bardziej, uznanych uzdrowicieli. A jednak właśnie do pani Zdzisławy ciągnęli ludzie, przez cały czas jej przyjęć ustawiała się kolejka chętnych do otrzymania jej bioprądów. Po dłuższej obserwacji jej zabiegów chciałem zrobić wywiad dla naszej gazety. Niestety pacjenci nie pozwolili, ciągle napływali nowi. Otrzymałem od niej tylko uzdrowicielski dokument, rodzaj pamiętnika. Jest tak ciekawy, że postanowiłem wydrukować pewne fragmenty. STANISŁAW LEŚNY
Indywidualny przyjazd do zainteresowanego jest możliwy po uprzednim telefonicznym uzgodnieniu miejsca oraz terminu wizyty. Oferta adresowana jest do osób zainteresowanych indywidualnym seansem uzdrawiającym bioenergoterapeutycznym, a z różnych względów niemogących dojechać do mnie.
|